163 Bruno Schulz „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulz „Sklepy cynamonowe” Dzieciństwo – najpiękniejszy okres w życiu człowieka – to czas fantazji, radosnych przeżyć i doznań. Właśnie w dzie– ciństwie człowiek może żyć w świecie baśni, kończących się dobrze lub źle, świecie przedmiotów nieprawdopodobnych, które ożywają. Takim widzi świat bohater Sklepów cynamono– wych B. Schulza. Dla niego: [...] otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracyj. Chłopiec znalazł się sam na ulicy w noc zimową, został bowiem wysłany z teatru do domu po zapomniany przez ojca portfel z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Jako młody i zwin– ny, powinien – zdaniem matki – wrócić przed rozpoczęciem przedstawienia. Sceneria nocy zimowej rozbudziła fantazję chłopca. Przedmiotem jego marzeń były sklepy cynamonowe, nazywane tak dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są wyłożone. Słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku kadzidła, aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie ben– galskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginio– nych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade wszy– stko rzadkie i osobliwe książki, stare folianty pełne przedzi– wnych rycin i oszałamiających historyj. Właśnie teraz, w tę przedziwną noc zimową nadarzyła się okazja odwiedzenia tych sklepów. Chłopiec zaczął ich szukać. Wiedział, że oddali go to od właściwego celu podróży, ale sądził, że nadrobi opóźnienie, idąc znanymi sobie ulicami „na skróty”. Podróż ta jest niezwykła. Chłopiec widzi rzeczy, które tkwią tylko w jego wyobraźni. Nie może odnaleźć sklepów cynamono– wych, ale dostrzega nigdy nie widzianą stronę gmachu gimna– zjalnego, przechodzi koło prywatnego gabinetu dyrektora szkoły i widzi, że salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem wielkiej loggi, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim. Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku. Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy. Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciły się na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które rozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć przed sobą jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawi– łych procederach niebieskich, nie myślał o świcie. Jest ciągle noc. Chłopiec nadał jest w swojej krainie fantazji i teraz podróżuje dorożką. Widzi podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody te przechodziły z wolna, w miarę posu– wania się, w parki wielkodrzewne, a te w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę nie– zmierną, na której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak gaza srebrna. Pachniało fiołkami. [...] Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo. Ujrzałem na tych szczęśliwych zbo– czach całe grupy wędrowców, zbierających wśród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy. Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd, grający wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. [...] Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Pod koniec tej podróży w krainę fantazji chłopiec spotyka kolegów idących do szkoły i nie wiemy, czy to sen czy jawa, czy to jeszcze wiał powiew fiołków [...] czy to jeszcze magia nocy srebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał... W czasie wakacji bohater zostawał z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich. Tak wspomina pobyt u ciotki Agaty: Wchodząc do niej, mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe, zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasne światy, jak te idealne i szczęśliwe obrazy, zamknięte w niedościgłej do– skonałości baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymi oleodrukami, pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości, odnajdowaliśmy znany nam zapach. [...] Stare, mądre drzwi, których ciemne westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milczący świadkowie wchodzenia i wychodzenia matek, córek i synów – otworzyły się bezgłośnie, jak odrzwia szafy, i weszliśmy w ich życie. Tylko niezwykle wyrafinowana dziecięca fantazja może podsunąć wyobraźni takie skojarzenia. To świat dziecka szczę– śliwego. BohaterSklepów cynamonowych miał swój własny zacza– rowany świat – był to ogród za podwórkiem, miejsce wielu taje– mniczych obserwacji i przeżyć. Ogród był rozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. W jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam podścielał niebu co najmiększą, naj– delikatniejszą, najpuszystszą zieleń. Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień między tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej a długą walącą się ścianą stodoły, wyraźnie pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedba– ły, zapuszczał się dziko i niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiej prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie był już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny bez– wład i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji, panoszyły się puste, zdziwaczałe kapusty łopuchów – ogromne wiedźmy, rozdziewające się w dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je z siebie, spódnica za spódni– cą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozdymały się, piętrzyły się jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. W tym cudownym świecie małego chłopca istniał niewielki piesek, który otrzymał dumne i wojownicze imię Nemrod. Od pier– wszej chwili wzbudził zachwyt, cały entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Piesek był aksamitny, ciepły i pulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu, niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z wzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg. Zapewne wielu czytelnikom prozy Bruna Schulza przychodzi na myśl następująca refleksja: skąd o życiu dziecka mógł tak wiele wiedzieć autorSklepów cynamonowych? To urywki fantastycznej autobiografii, którą pod koniec lat dwudziestych spisywał w swej prowincjonalnej samotni na wyłączny użytek paru przyjaciół nauczyciel rysunków w drohobyckim gimnazjum, Bruno Schulz. Spisane – przeleżały parę lat w szufladzie [...] Dopiero przypadek podsunął je Zofii Nałkowskiej, która – olśniona pisarską śmiałością tego nie– śmiałego człowieczka – spowodowała natychmiastowe ich wydanie. (Artur Sandauer)