187 Stefan Żeromski „Przedwiośnie” Stefan Żeromski „Przedwiośnie”
Arkadia to miejsce, gdzie możemy czuć się bezpieczni,
w pełni szczęśliwi, gdzie nic nie zakłóca radosnych chwil. Takim
miejscem dla Cezarego Baryki, głównego bohatera [...] całą duszę wkładał w synka, w zdrowego i zażywnego
Czarusia. Chłopiec ten miał od najwcześniejszych lat najdro–
ższe nauczycielki francuskiego, angielskiego, niemieckiego
i polskiego języka, najlepszych, drogo płatnych korepetytorów,
gdy poszedł do gimnazjum. Uczył się wcale nieźle, a raczej
czułby się był znakomicie, gdyby rozkochani w nim rodzice
nie przeszkadzali swymi trwogami i pieszczotami, czy aby
się nie przepracowuje i wysila zanadto. W zacisznym gabine–
cie, wysłanym puszystym dywanem, tak puszystym, że w nim
stopa ginęła, ojciec i syn spędzali jak najczęściej rozkoszne
sam na sam. Chłopiec pierwszoklasista, leżąc na piersiach
ojca, z głową przy jego głowie, i ojciec, kołyszący się na
bujającym fotelu, wycałowywali sobie z ust w usta tabliczkę
mnożenia, bajkę francuską, którą srogi nauczyciel francu–
skiego zadał na jutro, albo powtarzali do upadłego jakiś mały
wierszyczek polski, żeby zaś nie zapomnieć dobrego
wymawiania tej trudnej mowy.
[...]
Tak to dni Czarusia upływały w ramionach ojca i matki,
na ich kolanach, pod ich rozkochanymi oczyma.
Idylla szczęśliwego dzieciństwa została brutalnie przer–
wana. Gdy wybuchła I wojna światowa, Seweryn Baryka został
powołany do wojska. Następne lata w życiu głównego bohatera Cezary pił, co mu nalewano, i jadł, co nakładano na talerz.
Wszyscy na niego patrzyli z radością, niemal z miłością.
[...]
Cezary przysiadł na poręczy ganku. Był odurzony. Był pijany,
ale nie winem. Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodziców
miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobrze
z tymi obcymi ludźmi, jakby ich znał i kochał od niepamiętnych
lat. Wszystko w tym domu było dobre dla uczuć, przychylne
i przytulne jak niegdyś objęcia rodziców. Wszystko tu było
na swoim miejscu, dobrze postawione i rozumnie strzeżone,
wszystko pociągało i wabiło, niczym rozgrzany piec w zimie,
a cień wielkiego i rozłożystego drzewa w skwar letni. Żadne
tu myśli przeciwne, nieprzyjazne przeciwko temu dworowi
nie powinny się były rodzić.
Życie w Nawłoci wypełnione było zabawą, polowaniami,
piknikami, spotkaniami towarzyskimi. Czas spędzano tu bardzo
przyjemnie, beztroskie chwile upływały na grze w karty, słucha–
niu muzyki, flirtach oraz spacerach, a przede wszystkim na spo–
żywaniu posiłków. Z jedzenia uczyniono w Nawłoci specyficzny
rytuał, który ubarwiał życie eleganckiego dworskiego towarzy–
stwa.
Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował
się, zamartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania
nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyja–
ciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał
w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek,
jakichś małych „podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto
stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z buł–
kami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogali–
kami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem,
konfiturami, konserwami, sosami. Tu podstawił „masełko”,
tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał
się spoglądając na pewien słoik, który nieznacznie wskazywał
i coś „ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo
wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże
opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie
do wnętrza. Od wczorajszych doświadczeń polegał na zdaniu
Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbry–
kami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś
sobaczy ersatz niemiecki – „kawusia”, rozlewająca aromat
swój na cały dom. W kamiennych także garnuszkach podsu–
wano porcje śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia
uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane
przez ogień zewnętrzny.
[...]
Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez
cały dzień. Wstawano dość późno. A ledwo spożyto śniadanie
i dano folgę dyskusji, która się wyłoniła z przygodnego tematu,
jużci Maciejunio wchodzi cichaczem ze swymi sprawami
i stół, dopiero co sprzątnięty, zaściela czystym obrusem.
Znaczyło to, że społeczność nawłocka zmierza ku obiadowi.
Jakaś wycieczka konna albo na wózku, jakaś króciutka
eskapada – powrót – i jużci gromią z racji spóźnienia się
na obiad. – Obiad. – Czarna kawa z odrobinką pomarańczową
tego wyspiarskiego Curaqao, papierosy... – Sprzątają. –
Towarzystwo zaczyna rozdzielać się, zmniejszać i zdążać
w kierunku poobiednich drzemek, aliści Maciejunio chrząka
i poleca chłopcu nakryć stół. Kawuńcia biała, herbata –
słowem five o'clock tea z tymi chlebkami, żytnim i pszennym,
z owym masełkiem nieopisanym a świeżym, z tymi ciaste–
czkami suchymi, których sława szeroka rozeszła się była
poza granice państwa nawłockiego, a stanowiła niewątpliwą
specialite de la maison. Po kawie jakaś przejażdżka, wypad
do sąsiedniego miasteczka. Ostropustu albo trochę muzyki
w salonie, odkąd zjawiła się panna Wandzia Okszyńska, nieco
tańca, skoro ktoś z sąsiedztwa nagodził się na odwieczerz.
I oto Maciejunio znów się krząta i pobrzękuje. Ma się ku kolacji.
Maciejunio mruga i szepce ciekawym, wtajemnicza najcich–
szym szeptem księdza Anastazego: baraninka – albo –
kurczątka – rożen. Po kolacji jakaś partia szachów z księ–
dzem Anastazym, jakaś partyjka winta (dwie ciocie, mama,
ksiądz – albo – mama, ksiądz, Hipolit, Cezary) – godzina
jedenasta, pół do dwunastej... Smutno byłoby iść spać bez
jakiegoś wzmocnienia, bez leciutkiego, przedsennego posiłku.
Maciejunio, drepcząc pośpiesznie, przynosi domowe serki
owcze, obce, ostre, zielone – jabłka nieopisanej dobroci, jesie–
nne delicje – jakieś tam malusieńkie kieliszeczki z czymś
tam ciemnowiśniowym... Słowem, krótki i skromny „podkurek”
przed śródnocnym pianiem koguta.
Nieliczne prace, które wykonywali mieszkańcy Nawłoci,
traktowano także jako rozrywkę. Było to na przykład wspólne
sortowanie jabłek.
Był to zresztą czas, kiedy całe dystyngowane towarzystwo
z „pałacu” wraz z pełnymi taktu ciotkami i samą panią Wielo–
sławską wdrapywało się na strych dworu w celu segregowa–
nia jabłek. Na tym strychu były specjalne przegrody, rodzaj
sąsieków z dawna wylepionych gliną i zasypanych sieczką.
Znoszono tam masy jabłek, gdy dojrzały w rozległych ogro–
dach leżących po obydwu stronach drogi wjazdowej. Były to
jabłka rozmaitych gatunków, ale sam owoc najprzedniejszy
doskonałości niegdyś szczepionych. Na tym strychu rozle–
głym i dość wysokim, suchym i przewiewnym, było ciepło
rozkoszne i prawdziwie anielski zapach dojrzałych jabłek.
Towarzystwo zabierało się niby to do segregowania owocu,
umieszczania co najprzedniejszych okazów we właściwych
przegrodach, lecz w gruncie rzeczy towarzystwo zajmowało
się zjadaniem co przedniejszych okazów w ilości zaprawdę
nadmiernej. Ksiądz, Hipolit, Cezary, wujcio, nawet wiotkie
i wywiędłe ciocie, nawet sama pani Wielosławska, słowem
wszyscy, prowadzili na tej górce jakby pewnego rodzaju
kurację jabłeczną. Nadto, usadowieni na tej górce, tracili
niejako swą skorupę, w której uroczyście poruszali się i cha–
dzali w pokoju bawialnym i stołowym.. Tam, w górnej strefie
– bili się jabłkami, gonili się i dokazywali jak dzieci, a raczej
jak stado szczurów na poddaszu.
Atmosfera nawłockiego dworku przywodzi Cezaremu na
myśl ciepło i bezpieczeństwo jego domu rodzinnego – Arkadii
jego dzieciństwa.
Cezary siedział obok szafy bibliotecznej i przypatrywał się
oprawom książek. Niektóre z tytułów, wyzłocone na grzbie–
tach, obojętnie odcyfrowywał. Przypomniał sobie, przypomniał...
Szafa ojcowska, książki... Tak samo stały książki i snuły się
wstęgą złoconą tytuły. Przypomniał sobie rozkład i urządzenie
swego rodzinnego domu. Westchnął sam przed sobą nad
swoją dolą. Obcy jest wszędzie, sam. Jakiś cudzoziemiec
między rodakami, jakiś zbłąkany pies bez domu, pana i pod–
wórza. Patrzył na książki, a myślał o tym, że wszystko jest
niepewne, dorywcze, przemijające, podległe bestialskiemu
zniszczeniu. Gdzie są książki ojca, gdzie dom, gdzie ojciec,
gdzie matka?
Swoim przyjazdem do Nawłoci Cezary zakłócił spokój tego
miejsca, wikłając się w romanse i przeżywając skomplikowane
perypetie uczuciowe, co w konsekwencji doprowadziło do
tragedii.